W przerwie pomiędzy zajęciami jak zwykle wzmógł się szmer na korytarzu, bo zbliżał się Profesora Lepka Rączka. Dawno go nie widziałam, więc jak tylko pojawił się na horyzoncie zaczęłam truchtać w stronę toalety.

– Malino! Malinooo – rozległ się charakterystyczny głos profesora wywołując na mojej twarzy czerwień znacznie odbiegający od koloru z jakim kojarzy się moje imię. Wszyscy studenci i wszystkie studentki patrzyli tylko na mnie. Odwróciłam się speszona.

– Dzień dobry Malinko, jak miło cię widzieć – profesor dotknął mojego ramienia, ale widząc krwistą czerwień na mojej twarzy ograniczył się tylko do tego gestu. – Konstanty przyjeżdża w weekend, więc bylibyśmy szalenie szczęśliwi mogąc cię ugościć. Może w sobotę?

Słyszałam tylko chichoty wokół i przyśpieszony rytm swojego serca.

– Ale… ja… – wydukałam. – Jaaa… muszę jechać do domu. Przykro mi.

– Ależ Malinko, tak dawno się nie widzieliśmy – profesor zaczął się do mnie przysuwać chyba chcąc mi jeszcze powiedzieć coś do ucha.

– Rodziców nie widziałam jeszcze dłużej – powiedziałam szybko i odwróciwszy się na pięcie uciekłam do toalety.  

W ten oto sposób diametralnie zmieniłam plany na weekend. Mama odetchnęła z ulga jak zadzwoniła mówiąc, że w końcu przyjadę. Gorzej było z Konstantym. Obraził się. Próbowałam żartować, że musi powstrzymać jakoś chuć, bo na najlepsze rzeczy warto czekać. Ale usłyszałam tylko, że jestem obleśna i nie o seks mu chodzi, a po prostu o spotkanie ze mną.

Może uda mi się czmychnąć z domu w niedzielę o świcie, by chociaż na dworcu spotkać się z nim na parę chwil. Ja po wyjściu z pociągu on tuż przed wejściem do swojego. Czyż to nie romantyczne? Mimo wszystko?

Epizod 129

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *