Tym razem w pociągu snułam nie erotyczne, a romantyczne myśli o wspólnym życiu z Konstantym. Może Matylda ma rację? Może chce mi się oświadczyć? Tak nagle, z zaskoczenia? Byłam więc równie podekscytowana co zdenerwowana. Kiedy w końcu dotarłam do Średniego Miasta, bezczelnie przepychałam się między pasażerami żeby szybko wysiąść z pociągu i jeszcze szybciej wsiąść do autobusu, by dojechać na osiedle.

I w końcu przybyłam. Nieco zziajana, na pewno spocona (głównie z nerwów) i oczywiście odrobinę podniecona, bo czułam w kościach, że to spotkanie będzie przełomowe.

Konstanty wybiegł po mnie na schody. Był w doskonałym humorze. Zbliżała się pora wczesnego obiadu i właśnie zapach tego posiłku unosił się na klatce schodowej. W drzwiach wejściowych zamiast moich przyszłych teściów zobaczyłam… Klementynę – siostrę Konstantego. Ledwie przestąpiłam próg zamiast powitania usłyszałam jej wyraźny szept skierowany tylko do jednego mojego ucha:

– Jeśli powiesz moim rodzicom gdzie się poznałyśmy, to zobaczysz!

Tradycyjnie zrobiłam się czerwona, co nie umknęło uwadze pana profesora.

– Ooo, malinowa Malinka! Jak miło Cię widzieć – powiedział podchodząc do mnie i próbując mnie objąć.

Co szybko wykorzystała jego małżonka ubiegając go i przez chwilę stałam w czułym ścisku z moją „teściową”.

– Dziękuję za zaproszenie – wybąkałam.

– To chyba oczywiste – wtrąciła Klementyna. – Że zaprosiliśmy cię na urodziny twojego chłopaka.

– Uuu…rodziny?! – wyjąkałam spoglądając ukradkiem na Konstantego.

Wydawał się być nieco zaskoczony, że nic nie wiem. A przecież nic mi nie mówiła. Ale i ja, jakoś zapomniałam go zapytać kiedy się urodził.

– Nie wiedziałam. Przepraszam…

Zrobiło mi się autentycznie głupio. I równocześnie poczułam się niesamowicie rozczarowana. A więc nici z zaręczyn. Jak mogłam być taka głupia?!?! ZNOWU!!!!!!

Obiad jedliśmy podejmując kurtuazyjne tematy rozmów. Było miło, ale Konstanty wydawał się jakiś wycofany. Kiedy na chwilę zostaliśmy sami ponownie przeprosiłam go, że nigdy nie zapytałam go o urodziny.

– Widocznie nie jestem aż tak dla ciebie ważny – odpowiedział.

Po obiedzie była kawa i tort… ze świeczkami. Do licha,przecież ten facet kończy już studia! Zdziwienie miałam wypisane na twarzy, bo Klementyna nie omieszkała o to zapytać:

– Zdziwiona świeczkami? To taka nasza rodzinna tradycja, lubimy dmuchać świeczki – wybuchnęła śmiechem, a razem  z nią cała jej rodzina.

– Fajna tradycja – skłamałam.

– A ty masz jakieś w swojej rodzinie? – zapytał profesor Lepka Rączka.

– O tak, liczne! Na przykład zawsze w niedzielę jemy lody. Obojętnie czy jest mróz za oknem czy ogrzewanie w domu wysiadło – teraz sama się zaśmiałam. Z naciskiem na SAMA. Bo nikt poza za mną nie uważał, by mój błyskotliwy tekst był zabawny.

– Ale durna tradycja! – krzyknęła Klementyna. – Na serio jedzenie lodów co tydzień jest dla was fajne? Ha, ha ha!

– Na pewno fajniejsze niż podstępne sprawdzanie z kim spotyka się rodzeństwo – syknęłam patrząc jej prosto w oczy.

– Nie rozumiem… – wolno powiedziała mama Konstantego patrząc z konsternacją na swoje nieco zmieszane dzieci.

– Słyszałam, że niektóre…. niektórzy starsi bracia tak robią jeśli tylko chcą chronić swoje małe siostrzyczki.

– Też bym tak robił, gdyby tylko Klementyna była mniej rozgarnięta – twardo powiedział Konstanty mrożąc mnie swoim spojrzeniem.

Zakrztusiłam się tortem i korzystając z tego cudownego pretekstu zamknęłam się w łazience. Nawet nie zauważyłam, że Konstanty wszedł zaraz za mną. Chwilę później całowaliśmy się jak opętani.

Epizod 132

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *